nie.śnienie.

Wpisy

  • wtorek, 31 stycznia 2017
    • gdzie popełniłam błąd

      chciałoby się zakrzyknąć.
      niby nigdzie, bo niby jest całkiem w porządku. Mam wreszcie (po raz pierwszy) stałą pracę i codzienne obowiązki a nie jak do tej pory chaotyczne boksowanie się z rzeczywistością w wersji na zlecenie. Mam jakieś tam bliskie cele wyznaczone, związane głównie z kończeniem wiszących nade mną spraw. Więc mam po co nastawiać rano budzik, ku czemuś wstaję, budzę się. Świat przestał być ograniczony do przyszpitalnego parku, jeżdżę więc znów autobusami, przyglądam się ludziom, chodzę na piwo i wydaję pieniądze. A w tle nadal tkwi pustka i bezsens. Pojawia się jak mam okazję zatrzymać się w działaniu, kiedy próbuję odpocząć, siąść w bezruchu. Wyłazi wtedy na całego. Wątpliwości po co to wszystko, frustracja, przemęczenie, niechęć, foch. Terapeuta pyta co jest pod spodem, pod tymi uczuciami, jakie pragnienia. A ja oczywiście nic nie wiem, głupieję, łzy lecą mi ciurkiem po twarzy i tłumaczę mu, że to jest nie do wytrzymania. I tyle mamy z terapeutycznej rozmowy. n i c poza smęceniem do którego wydawało mi się, że nie mam ochoty ani potrzeby wracać. A wracam.

      Myślę, że jednym z większych moich problemów jest nieumiejętność wytrzymania frustracji. Dla mnie albo jest względnie znośnie (bo oczywiście, że jestem zadowolona to już nie przejdzie mi przez gardło) albo czuję się wepchnięta w sam środek piekła. Naprawdę, nikt nigdy nie zrobił mi tyle krzywdy ile sama sobie potrafię zaaplikować. Z jakąś doprawdy rozkoszną lekkością. Dowalam sobie coraz mocniej, wpadam w czarne myśli, zaczynam nakręcać machinę destrukcji oczywiście na zewnątrz trzymając fason, popijając kawusię, poprawiając włosy. Jest tak, jakbym miała jakiś emocjonalny przymus wyładowania się na samej sobie, przymus okrucieństwa i bezwzględności, która karze anulować wszelką przyjemność. Z pracy, z życia, z małych sukcesów. Wszystko roztapiam w bezsensie i życzę sobie śmierci nie do końca chyba rozumiejąc po co to robię. Myślałam, że już będę w stanie zatrzymywać takie procesy a tu ledwo miesiąc po wyjściu ze szpitala znów podkładam bomby pod malutką stabilizację jaką staram się osiągać. 

      Jedyne pocieszenie to, że już potrafię zobaczyć co wyprawiam, więc to trochę mniej automatyczne. No i że mam sojusznika na drodze do zdrowia. Co prawda nie wiem ile jeszcze będę w stanie do niego jeździć, ale tak - to, że mam nadal terapię - daje nadzieję. Bo w sumie głównie w gabinecie wychodzi na zewnątrz, to wszystko co tłumię w sobie przez cały tydzień. I próbujemy się wtedy tym zająć, oswoić, ogarnąć. Czuję,że jeszcze długa droga, ale kto wie co będzie za kilka miesięcy...;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „gdzie popełniłam błąd”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      drifting-away
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 stycznia 2017 18:17
  • niedziela, 08 stycznia 2017
    • pół roku później

      tak. minęło pół roku. 

      a ja nie umiem mentalnie pożegnać się ze szpitalem. to niesamowite i trochę niewypowiadalne, jak bardzo można się związać z miejscem, które - koniec końców - jest instytucją państwową. proszę bardzo. przywiązałam się tak silnie, że teraz ciężko zacząć funkcjonować na "zewnątrz". 

      począwszy od tego jak trudno zasypiać kiedy w domu panuje nieprzenikniona ciemność (tam nigdy nie gasły światła) a skończywszy na jakiejś zupełnie wariackiej  (acz szczerej) tęsknocie za pielęgniarką, terapeutą, codziennymi zebraniami na których omawialiśmy kto nie ścieli łóżka, kto pokłócił się ze współlokatorem a kto ma myśli samobójcze. Atmosfera jak w dobrze zarządzanej komunie, gdzie ludzie dbają o siebie i o wspólną przestrzeń (z małymi wyjątkami:P) oraz nie boją się mówić o emocjach. Są tu wściekło-przerażone życiem bordery, schowane w swoim świecie schizotypy, histeryczne melancholiczki mojego pokroju - cała menażeria osobowości. I każdy z osobna ma swój własny cel pobytu, różnie realizowany. Od wymachiwania sobie przed nosem diagnozami jako wygodnym usprawiedliwieniem rezygnacji z życia przez miesiące zaprzeczania, że jest się potrzebującym pomocy pacjentem aż do odzyskiwania poczucia sprawczości i odpowiedzialności za własne decyzje. Temu wszystkiemu co się wydarza (a dzieje się cholernie dużo) non stop towarzyszy zdziwienie,że leczymy się psychiatrycznie - tak wspaniali, wrażliwi, refleksyjni, 'normalni' potrafimy być. I poza oddziałem mamy nawet większe i mniejsze sukcesy. Tylko co z tego, kiedy większość z nich potrafimy sobie zohydzić...

      To co wybija się jednak na pierwszy plan to, że patrząc na całą grupę z boku praktycznie niezauważalne stają się problemy z jakimi się zgłaszamy do szpitala. Tak jak inni ludzie śmiejemy się, żartujemy, dyskutujemy o filmach i książkach...i tylko od czasu  do czasu objawy boleśnie przypominają o tym, gdzie się człowiek znalazł. Totalnie poraża przede wszystkim skala autoagresji i destrukcji. Okrucieństwo wobec siebie, manipulowanie innymi, rozwalanie bliskich relacji, chwiejność w podejmowaniu pracy, emocjonalne jatki urządzane ludziom którym zależy. Naprawdę dużo cierpliwości i profesjonalizmu muszą mieć w sobie ci, którzy decydują się pracować z tymi tematami. Mam w sobie olbrzymi podziw dla personelu, choć sama zaliczałam się do tych, które z nimi wojują. Cóż. Na tamten moment wydawało mi się,że chronię siebie, swoją godność. I sabotowałam ich działania. Brawo.

      A co teraz? Jako kto wyszłam stamtąd? Z pewnością jeszcze nie do końca ustabilizowana, ale już gotowa mierzyć się z życiem. Bardziej dorosła, mniej dziecinna.

      Zaczęłam załatwiać odkładane dłuuugo sprawy, choć jeszcze w mojej głowie nie pożegnałam się z tym miejscem. Tęsknię nawet do rzeczy pobocznych - szpitalnej diety, pięknego parku, widoku z okna, modernistycznych budynków, smaku pierwszego papierosa kiepionego do słoika po kawie (fajki rzuciłam, kawy nie). Ale najbardziej do rozmów. Najważniejszych, najbliższych jakie można sobie wyobrazić. Do kontaktu, który leczy. Do momentów takich jak wtedy, kiedy personel przestałam postrzegać jako nastawiony przeciwko mnie a zaczęłam widzieć jak bardzo chcą mi pomóc. I że (niestety) leczenie zakrzywionego obrazu rzeczywistości (tłumaczenia samej siebie, nieprzyjmowania informacji zwrotnych, pogrążania się w rezygnacji i bierności) wymaga dość ostrych komunikatów dzięki którym można się wreszcie ocknąć. A to wcale nie jest przyjemne -zobaczyć (i po raz pierwszy poczuć a nie racjonalnie sobie wmawiać, że się to czuje), ile szans się zmarnowało zwalając winę na swoją depresję, niemoc, pogubienie, nadwrażliwość. Wygodnie jest być zaburzoną, trudniej z tego wreszcie wyjść.

      Nie umiem zupełnie wyrazić jak wiele się działo przez ostatnie miesiące. Przepełnia mnie wdzięczność do tych, którzy nie poddali się w pracy ze mną, choć nie byłam łatwą pacjentką. I tych, którzy towarzyszyli mi w tej podróży i którym towarzyszyłam ja. Wspierając, opieprzając, przypominając o celu. Myślę o nich teraz codziennie, jak sobie dalej poradzą, jakie wybory podejmą. I oprócz radości z tego co mogliśmy sobie nawzajem dać, mam też w głowie smętne statystyki. Dotyczące ryzyka śmierci z którego do tej pory żartowałam. Teraz zdaję sobie sprawę, że wielu z nas naprawdę chciało i próbowało umrzeć. Wielu zrobi to znowu.

      Martwi mnie jak kruche bywa poczucie,że ten stan minął i nie wróci. Ciężko jednak zostawić rozpacz, jeśli tyle lat człowiek utrzymywał się w poczuciu 'intoxicated with madness i'm in love with my sadness'. W zasadzie to byłam wtedy dumna z tego,że tkwię w tym stanie. Tak. Byłam totalnie dumna z tego, że jestem nieprzygotowana do dorosłości i udawałam, że chcę się z tego wyleczyć.
      ...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      drifting-away
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 stycznia 2017 00:20
  • sobota, 25 czerwca 2016
    • szpital psychiatryczny

      myślę sobie, że przeszłam jako osoba niezwykle długą drogę. każdy z nas sobie błądzi po tym życiu na różne sposoby, tysiące sposobów...ale zajrzałam tu po długim czasie nieobecności, odnalazłam starego bloga...i jak zobaczyłam datę 2008 rok to pomyślałam, że to cholerny kawał egzystencji upchany w przestrzenie internetowe. nie mam w sobie teraz siły, żeby się konfrontować z tym co wtedy pisałam. znając mój sposób funkcjonowania, niewiele poza dołem i rozpaczą uznałam za godne zachowania...choć z drugiej strony ze wzruszeniem patrzę na poetyckie skojarzenia, które kiedyś w sobie miałam. chyba częściowo już je zatraciłam na rzecz analityczno-racjonalistycznych wywodów. coś za coś. a mimo to nadal nie dorosłam. uparte dziecko w środku mówi: nie chcę, nie chcę, nie chcę! i zaciska piąstki.

      zaopiekuj się mną, nawet jak nie będę chciał.

      no więc ja chcę. zaopiekować to dziecko. i jednocześnie pozwolić odejść jej lękowi, niepewności, wycofaniu. chcę ruszyć dalej z trochę mniejszym obciążeniem, bagażem emocjonalnym. przede mną jeszcze trzy rozmowy kwalifikacyjne. ktoś kto tego nie przeżył, może się mocno zdziwić, że żeby dostać się do psychiatryka trzeba się tak natrudzić. a jednak. proces diagnozy osobowości jest długotrwały a zważywszy na to, że już po pierwszej rozmowie nie mogłam spać - myślę, że pracują tam specjaliści, którzy potrafią się dogrzebać do tego co wyparte i jakoś tym zająć. 

      ...
      ciekawe. jednak nie umiem o tym pisać.
      ...
      no nic. ważne na ten moment jest to, że czekam na decyzję. i ufam, że to będzie mój pierwszy i ostatni pobyt w takim miejscu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      drifting-away
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2016 14:04
  • piątek, 17 czerwca 2016
    • nawroty

      Nie było mnie tak długo, że aż zapomniałam jak używa się słów i jak mówi się do samej siebie/w białą przestrzeń łączy netowych/ do publiki która nigdy nie wiadomo jak jest duża. Kto się w ogóle na to wszystko natknie, kto potknie się w tych słowach? W większości i tak jestem tu ja, ja, mnie, o mnie, do mnie. I może to potrzebne, może pora wrócić do SIEBIE. W życiu off-line miałam tendencję skupienia się na innych ludziach. A tu należę wyłącznie do własnych emocji. Helou inner world. Otwieram sie na zaufanie. Zaufajnie będzie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      drifting-away
      Czas publikacji:
      piątek, 17 czerwca 2016 13:15
  • piątek, 13 marca 2015
    • żegnaj laleczko

      otworzę pudełko. i wyskoczę na zewnątrz. pociągnę za odpowiednie sznurki. zniknę z sieci błogich blogów. albo po prostu oddalę się na jakiś czas. zblokuję konto/założę nowy dziennik (????). chcę mówić bardziej bezpośrednio. do ludzi wokół. więc na razie będę gadać do mediów bardziej społecznościowych a mniej emocjonalnych...prędzej czy później pewnie wrócę z podkulonym ogonem, samotnie tak jak zaczęłam. hm.
      ...
      jak ktoś chce mi pomachać to może machać, choć nie jest to wymagane. archiwum połknie i ciszę.
      frrr.well.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      drifting-away
      Czas publikacji:
      piątek, 13 marca 2015 00:19